Po raptem dwóch godzinach snu, co wcale nie było mało zważywszy na ogrom emocji, przyszła pora na ostatnie przygotowania przed tym najważniejszym wydarzeniem. Naładowany aparat, notatki i komu w drogę, temu trampki ;) Na arenę MS 2006 czyli Comerzbank Arena udalismy się na szczęscie samochodem, stadion leży bowiem na obrzeżach miasta. Już od samego rana o meczu trąbiły wszystkie możliwe media, im bliżej obiekty bylismy też ruch był coraz bardziej wzmożony. Po dosć długich poszukiwaniach wjazdu (których stadion ma kilka, a cały kompleks zajmuje naprawdę sporą powierzchnię) dla mediów, trafilismy do celu. Pozostało odebrać akredytacje i wejsć na stadion. Każdy kolejny krok wywierał na nas ogromne wrażenie, bowiem czegos podobnego w Polsce nie sposób uswiadczyć, a do tego była to nasza kochana kobieca kopana...

Tłumy ludzi przed kasami biletowymi i wejsciami na stadion, sprzedawcy oferujący okolicznosciowe pamiątki (szaliki, proporce itp.) - to widok normalny. Barwy zarówno miejscowej drużyny, jak i szwedzkie.
Po przekroczeniu bram stadionu ujrzelismy niesamowity widok, a połączony z przedmeczową atmosferą i wzrastającym napięciem wywierał niesamowite emocje.

Powolnym krokiem zwiedzalismy najpierw częsć zewnętrzną obiektu, czyli np. sklep kibica 1. FFC Frankfurt, zajrzelismy też do muzeum i sklepu Eintrachtu Frankfurt, który na co dzień korzysta z tego stadionu. Zatrzymały nas też kibicki 1.FFC przechadzające się na szczudłach. Do meczu pozostało nie wiele czasu, przyszła więc pora wziąć się do roboty. Najpierw przeszlismy przez salkę konferencyjną, gdzie otrzymalismy komplet materiałów dotyczących meczu, następnie odebrałam kamizelkę FOTO, udalismy się też na chwilę do press room'u, gdzie ucięłam sobie pogawedkę z jednym z działaczy, który zdziwiony był kiedy usłyszał, że jestesmy z Polski - nie On jeden zresztą. Błyskawicznie odpowiedział, że zna Lenę Hohfeld, która grała w Polsce i Marysię Makowską. Zapytał, czy jakies Polki grają w niemieckiej lidze, na co odparłam, że Susanne Kasperczyk i Marlene Kowalik (bo to był temat na czasie a następnego dnia się do nich wybieralismy), na co usłyszałam: "Yes, of course, I know Marlene. She's beautiful" :) Pochwalił się też, że Marta obiecała mu po meczu koszulkę - co już takie miłe nie było :) Wymienilismy się kontaktami i do pracy...
Mariusz udał się na lożę prasową, a ja standardowo na murawę. Atmosfera trybun robiła swoje: wszak padł rekord widzów na meczu kobiet, 27 640!! Kiedy na telebimie zobaczyłam Martę w tunelu, aparat zadrżał poraz pierwszy.


Czas meczu minął błyskawicznie. Pewnie dlatego, że spotkanie było niezwykle emocjonujące i zacięte. Pstrykałam fotki jak głupia bez opamiętania, przerywając wtedy kiedy własnie nie powinnam - w momencie gdy w odległosci dwóch metrów ode mnie Marta wkręcała w ziemię cztery Niemki naraz. Obiektyw wypadał z rąk, czegos takiego naprawdę nigdy nie widziałam! Po tym meczu Marta bez wątpienia stała się moją idolką!

Prawdziwa feta rozpoczęła sie jednak dopiero po ostatnim gwizdku! Chyba przez godzinę nie schodziłam z murawy krocząc za radującymi się piłkarkami Frankfurtu. To było cos niesamowitego poczuć tę radosć razem z Nimi, cos czego słowami nie da się opisać, wspaniałe uczucie! Dla takich chwil z pewnoscią warto żyć...


Schodząc wreszcie do Mixed Zonu, zahaczyłam jeszcze o konferencję prasową, ale że nic z Niej nie rozumiałam (była tylko po niemiecku i szwedzku), to szybko wyszłam czekając w Mixed Zonie (gdzie na telebimach od razu puszczona była powtórka meczu) na piłkarki. Pierwsze do dziennikarzy wyszły Szwedki:

Niestety wszystkie poza Martą. Ale udało się dorwać kapitan Umei Fridę Ostberg zaraz po wyjsciu z konferencji prasowej. Nie była w humorze, co nie dziwne: "I'm not so happy, but I'm smiling for you" - wystarczyło:)

Bez Marty to nie było jednak to! Założyłam sobie, że z Nią porozmawiam, zawód był więc spory. Już mielismy opuszczać pusty stadion, ale mówię NIE - czekamy na Nią! Udalismy się w miejsce, gdzie czekał klubowy autokar. Była tam też grupka kibiców Umei, z którymi ucięłam sobie pogawędke oczywiscie.

Czekać trzeba było długo, ale opłaciło się!


To był bez wątpienia najpiękniejszy dzień w moim życiu.
Powoli opuszczając stadion przysłuchiwalismy się jeszcze trwającej na nim - ale już prywatnej - fecie zespołu 1. FFC. Spacerowym krokiem żywo dyskutujac i wymieniając się wrażeniami udalismy się w kierunku dworca jakiejs u-bahny, czy s-bahny i tak tego nie rozróżniam i mimo, iż mecz skończył się o 16, w domu bylismy o 21. Oczywiscie nieziemsko zmęczeni. A przede mną cała noc pisania różnych relacji z tego meczu. Także tej nocy spać nie poszlismy - bo o 6 wyjeżdżalismy już w podróż do Essen.
Zobacz zdjęcia z meczu
Jak człowiek chce to osiągnie! Zobaczyc Martę i spółkę to jest coś.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam Was i trzymam kciuki przy następnych wyprawach!