28 sierpnia 2008

23.05.08: Dzień przed finałem Pucharu UEFA

Marzenia się spełniają. O tym przekonałam się w maju tego roku. Wcześniej mogłam jedynie pomarzyć o spotkaniu największych gwiazd futbolu kobiecego. Każdy powinien mieć w życiu cel i dążyć do jego realizacji. Poniżej opisuję realizację jednego ze swoich marzeń. Tytuł niech brzmi: "Z miłosci do futbolu..."

A wszystko zaczęło się w kwietniu 2008 roku. Jadąc na uczelnię zatłoczonym poznańskim autobusem, zupełnie niespodziewanie wpadł mi do głowy pomysł: "A może by tak pojechać do Frankfurtu na finał Pucharu UEFA?" Nie zastanawiając się dłużej chwyciłam za telefon i wysłałam SMS do Mariusza o tresci: "Jedziemy na finał?" Jego entuzjazm niewątpliwie pomógł w realizacji tego celu. Dlatego chcę mu w tym miejscu podziękować za wspólną eskapadę, bo były to jedne z najwspanialszych chwil w moim życiu :)

Czas przygotowań i organizacji wyjazdu minął błyskawicznie. I przyszła pora wyruszyć w drogę... W nocy z czwartku na piątek tj. z 22 na 23 maja rozpoczęła się jak do tej pory, najważniejsza, wyprawa w moim życiu. Jadąc nocnym pociagiem z Poznania do Wrocławia sledziłam plan Frankfurtu, wytyczając trasę najciekawszych miejsc, które chciałabym zobaczyć. Tak się złożyło, że samolot mielismy w piątek rano i powrotny w poniedziałek rano, była więc okazja, żeby poza meczem finałowym, zobaczyć trochę miasta i wybrać się na mecz Bundesligi, ale o tym później.

Lotnisko we Wrocławiu - pamiątkowe zdjęcie, bo mogło być ostatnie
Z Mariuszem spotkalismy się na dworcu PKP w stolicy Dolnego Sląska i razem udalismy autobusem pospiesznym na tamtejsze lotnisko. A trzeba zaznaczyć, że lot do Frankfurtu miał być pierwszym w życiu nas obojga. Już po odprawie pojawił się więc pierwszy stres i oczekiwanie na samolot. Wylot mielismy o 8:30, a na miejscu mielismy być około 10. Emocji związanych z pierwszym wejsciem do samolotu, startem itp. opisywać nie będę, bo to nie relacja z Lotu nad kukułczym gniazdem. Były wyjątkowe, to fakt. Ciekawiej byłoby opisać minę Mariusza przy podchodzeniu do lądowania, oj była niespotykana ;)
Mina Mariusza po wyjsciu z samolotu nie uległa większym zmianom. Usmiech pojawił się dopiero po opuszczeniu lotniska.
Planowo wylądowalismy na lotnisku Frankfurt Hahn, oddalonym o 170 km od Frankfurtu nad Menem. Już lotnisko zrobiło na nas spore wrażenie, bo choć obsługuje jedynie tanie linie lotnicze, to standardem i wielkoscią wrocławskie biło na głowę. Czekała nas więc jeszcze dwugodzinna podróż autobusem do celu. Kolejne pozytywne emocje wywołał widok drogowej infrastruktury i krajobrazów, które mijalismy. Bardzo ładne, a pogoda jaką w Niemczech zastalismy też dużo lepsza niż w Polsce, swieciło słonko i zapowiadał się piękny dzień. Około południa dotarlismy do Frankfurtu i tam pierwsze co zauważylismy to polskie napisy na budkach z kebabami :) Dworzec PKP konstrukcją przypominał wrocławski (nie bez kozery wszak Breslau), ale jest dużo, dużo większy. Ponieważ moja znajomosć języka niemieckiego równa się 0 i pierwszy raz znalazłam się w miejscu, gdzie nie rozumiem co mówią ludzie i co niosą różnegorodzaju napisy, było to uczucie dziwne.
Piątek postanowilismy więc przeznaczyć na zwiedzenie tego niewątpliwie pięknego miasta. W tym celu udalismy się więc najbliżej dworca na - jak się później dowiedzielismy - słynną Kaiserstrasse (miejsce przepełnione sex-shopami i slumsowymi budkami z kebabami). Niczego nie swiadomi wybralismy ją za punkt odniesienia:) A już widok pierwszego napotkanego słupa reklamowego wywołał na naszych twarzach szeroki usmiech:

A takich miejsc podczas naszej wędrówki spotkalismy mnóstwo.
Nieco głodni odwiedzilismy spotkanego po drodze McDonalda (gwarancja, że jedzenie będzie jako takie, bo na restauracje rzucać się nie chcielismy:P), a tam miła niespodzianka, "cziski" po 1 euro! :) Spoczelismy też w jakiejs knajpcce z serii "budka z kebabem" na swieżym powietrzu, na piwko, ale okazało się błędną decyzją - gorszego w życiu nie piłam!
Nauczeni doswiadczeniem ruszylismy w drogę, ale nie swiadomi tego, co nas czeka (w efekcie łazilismy po Frankfurcie od 12 do 22). Kaiserstrasse udalismy sie w kierunku RomerPlatz (cos w rodzaju Starego Rynku), po drodze mijając m.in. Dom Goethego i najwyższy budynek w miescie Commerzbank Tower. Na RomerPlatz skupismy się na odnalezieniu Muzeum Piotrusia Pana, ale po godzinie poszukiwań odpuscilismy (stara mapa, czy co, a tak bardzo chciałam zwiedzić:)) Czując już lekkie zmęczenie w nogach udalismy się w kierunku Menu, ale napotykając największy, aż czteropiętrowy sklep sportowy w miescie, nie moglismy odmówić sobie tej przyjemnosci. Oczywiscie nie trzeba zaznaczać, że nie było najmniejszych problemów z dostępnoscią damskich akcesoriów piłkarskich (od trykotów reprezentacji i innych koszulek poczynając, po butach piłkarskich itp.).
Idąc w kierunku nadbrzeża widzielismy cos, co wywarło na nas tak ogromne wrażenie, że nie zdążylismy zrobić zdjęcia: tramwaj w całosci obklejony sylwetkami piłkarek 1. FFC! Spacer brzegiem rzeki przebiegał głównie pod znakiem biegania przeze mnie po małpich gajach i innych placach zabaw (trzeba było odreagować zmęczenie:p) oraz zwiedzaniu kolejnych pięknych mostów.

Przez chwilę przeszło nam nawet przez mysl, żeby przepłynąć po Menie statkiem, ale stwierdzając, że już późna godzina, a przed nami sporo do zwiedzenia, odpuscilismy. W okolicach Menu wrażenie wywarły na nas jeszcze alejki z fajnymi drzewkami i srodki transportu jakie turysci mogli wypożyczyć (do obejrzenia w galerii).
Kontynuując wyprawę, oczywiscie pieszo, udalismy się spowrotem do "miasta" na słynny Zeil (deptak), wczesniej zahaczając o ZOO (oczywiscie nie zwiedzalismy), gdzie po raz pierwszy spotkalismy się z sytuacją, która potwierdziła niemieckie stereotypy o Polakach. Przed budynkiem siedziała grupka rodaków mająca już we krwi sporo procentów, a dalej konsumująca Tyskie, zachowując się przy tym tragicznie. Będąc w ruchu przez kilka ładnych godzin postanowilismy odpocząć i spragnieni udalismy się do Irish Pubu, bardzo stylowego, na piwko. Tym razem wybralismy Heinekena, bardziej pewny niż jakies niemieckie wyroby. Wczesniej zajrzelismy jeszcze do zakładów bukmacherskich sprawdzić kursy na finał ;) Zeil to miejsce typowo handlowe, pozwiedzalismy więc najróżniejsze sklepy, ale atmosfera meczu wróciła nam błyskawicznie, kiedy stanęlismy jak wryci przed salonem PUMA. Całe wielkie okno wystawowe zajmowała bowiem:

Radosć była oczywiscie nieziemska, bo wtedy nawet o zdjęciu z ogromną reklamą Marty mogłam pomarzyć :)
Możecie wyobrazić sobie nasze miny, kiedy z plakatu dowiedzielismy się, że 15 minut wczesniej w srodku Marta miała ekskluzywne spotkanie z kibicami! Musielismy tam wejsc. Kiedy podszedł do mnie manager sklepu nie mogłam nie zapytać o Nią. Ożywił sie i zrelacjonował przebieg spotkania, a widząc błysk w moich oczach podarował mi jej mini-plakat z autografem. Byłam wniebowzięta, no i w zamian kupiłam skarpetki :)
Było już dosć późno wieczorem, zmęczeni bylismy niesamowicie, ale został nam jeszcze jeden założony cel do zwiedzenia - Tower, czyli miejsce, gdzie dla turystów dostępny jest taras widokowy, na najwyższej wysokosci dostępnej dla zwiedzających w całym miescie. Zaaferowani sytuacją z Martą źle odnaleźlimy miejsce na mapie, a że było oddalone dosć daleko od całego centrum trzeba było pojechać tam U-Bahną. I tutaj kolejna niespodzianka:

Bylismy naprawdę pod wrażeniem (takich ekranów, a więc i reklam tylko na jednym dworcu było kilkanascie) i nie zmienił tego fakt, że dojeżdżając na "miejsce", Pan Portier wytłumaczył nam, że dotarlismy do zwykłego hotelu. Niestrudzeni wrócilismy na dworzec główny. O komunikacji miejskiej w Niemczech napisać można by osobny artykuł, cos wspaniałego, ale nie zmienia to faktu, że kilka godzin zastanawialismy się, jak kontrolerzy dochodzą do tego, że bilet jest ważny bądź nie. Kupuje się go w automacie, ale nie kasuje, tak jak w naszym kraju. Okazało się, że po prostu obowiązuje przez okreslony czas.
Kiedy odnaleźlismy Main Tower było już bardzo późno, a nóg to już nie czułam. Wdrapalismy się na górę (raptem 200 metrów nad ziemią:P) i chyba z 30 minut minęło nim odważyłam się podejsć do krawędzi by zrobić fotki. Obejrzelismy sobie z daleka lotnisko, Comerzbank Arenę, na którą następnego dnia mielismy się udać, Men i miasto niczym z lotu ptaka. Szczególnie zrobiło wrażenie, kiedy zapadł zmrok.

W domu bylismy grubo po 22, niesamowicie zmęczeni. Oczywiscie nie można było pójsć spać, tylko po ogarnieciu się i skonsumowaniu kolacyjki przyszedł czas na wieczorek zapoznawczy, podzielenie się wrażeniami z rodziną Mariusza, u której się zatrzymalismy. Polało się też piwko (niemieckie, ale tym razem dobre), nie mogło być inaczej, bowiem po północy przyszła pora na życzenia urodzinowe dla Mariusza. Na sen przyszła pora nad ranem, a przecież za kilka godzin czekało nas najważniejsze wydarzenie w życiu, tak bardzo wyczekiwane...
Zobacz zdjęcia z wyprawy

1 komentarz: